Wróć do bloga
Osobista historia

Wygrałam własne życie. O wolności, która zaczyna się wewnątrz

O powrocie do siebie, zaufaniu do własnych wyborów i wolności, której nikt nie może nam odebrać.

Margo na Moście Karola w Pradze o zmierzchu

10 października. Praga. Moje urodziny.

To właśnie tutaj wybrałam świętować kolejny rok swojego życia.

W miejscu, które chciałam zobaczyć. W atmosferze, którą sama dla siebie wybrałam. Z radością, ciekawością i ogromną wdzięcznością za życie.

Dzisiaj nie robię bilansu tego, co straciłam. Nie zastanawiam się, co mogło potoczyć się inaczej.

Cieszę się tym, co jest.

I chyba właśnie to jest dla mnie jednym z najpiękniejszych odkryć ostatnich lat — że można po prostu cieszyć się życiem. Bez czekania, aż wszystko będzie idealne.

Wolność, której nikt nie może mi odebrać

Są takie momenty w życiu, kiedy orientujesz się, że już na nic nie czekasz.

Nie czekasz, aż ktoś się zmieni, że wreszcie cię zrozumie.

Nie czekasz, aż ktoś zobaczy twoją wartość.

Nie czekasz, aż ktoś przyjdzie i cię uratuje.

I nagle odkrywasz, że to, na co czekałaś przez tyle lat, już się wydarzyło. Bo osobą, na którą czekałaś, byłaś ty sama.

Dziś wiem, jak smakuje wolność. Nie ta zewnętrzna, którą daje możliwość wyjazdu, zmiany pracy, zakończenia relacji czy rozpoczęcia nowego życia. Mówię o wolności znacznie głębszej — takiej, której nikt nie może mi odebrać.

Wolności od życia w miejscu ofiary.

Od ciągłego zastanawiania się, co ktoś o mnie pomyśli.

Od potrzeby bycia wybraną, zaakceptowaną, zauważoną… kochaną.

Od przekonania, że czyjeś zachowanie wobec mnie określa moją wartość.

A nie zawsze tak było.

Ja też tam byłam

Byłam w miejscach, w których pozwalałam się ranić.

Niemalże nieustannie była we mnie nadzieja.

Może wreszcie zobaczy, ile daję.

Może doceni.

Może zrozumie.

Może zacznie kochać inaczej.

Mierząc własną miarą, nie wyobrażałam sobie, jak to jest możliwe, że można ranić drugiego człowieka z uśmiechem na twarzy.

Że są ludzie, dla których patrzenie na innych z empatią jest zagrożeniem… ich życia.

Przyszedł moment, kiedy dotarło do mnie, że ani nikt nie przyjdzie, aby mnie uratować, ani ja nie mam takiej mocy, aby uratować kogokolwiek.

Że poświęcanie siebie jest tak naprawdę marnowaniem własnego potencjału. I że jeśli druga osoba nie potrafi nas zobaczyć czy usłyszeć, to nie mamy na to wpływu.

Tak naprawdę większość ludzi operuje z miejsca zranionego dziecka.

W relacji ze sobą i z innymi człowiek goni lub ucieka, atakuje albo przyjmuje ciosy, reaguje, bojąc się dotknięcia tego, co kiedyś tak bardzo bolało.

I nieważne, ile lat upłynęło. Nieważne, kto jest obok. Stara rana zainfekowała układ nerwowy oraz umysł i trzyma je w ryzach, żeby człowiek nie rozpadł się na milion kawałków.

A o ten rozpad właśnie tutaj chodzi.

Z własnego wyboru mało kto na niego pozwala. Ego, którego zadaniem jest ochrona, pilnuje tego, co już znamy. Nawet jeżeli to, co znamy, boli.

Czasami jednak przychodzi moment bezradności. Moment, w którym nie ma już dokąd uciekać.

I dopiero wtedy człowiek daje sobie pozwolenie na ten rozpad.

A później z tego rozpadu odbudowuje się na nowo.

Nie na obraz, który już zna.

Szuka.

Wybiera.

Cedzi.

Doszłam do tego momentu. Rozpadłam się na milion kawałków, a następnie przestałam się bronić, przestałam uciekać od ataków. Przestałam pozwalać, aby odrzucenie, wykluczenie, czyjeś oczekiwania… opinia na mój temat, decydowało o tym, kim jestem.

Przestałam walczyć.

Przestałam udowadniać cokolwiek komukolwiek.

Zostałam przy sobie.

Zaczęłam wybierać siebie. Dzień po dniu, mozolnie akceptować siebie taką, jaka jestem.

Zaczęłam zajmować się reakcją mojego ciała na ciosy kierowane w moją stronę i zrozumiałam, że nie mam wpływu na opinie czy poczynania drugiego człowieka.

Mam wpływ na siebie i na to jak reaguję.

I zrobiło się lżej…

Świat zwolnił…

Osoby wokół mnie zaczęły się zmieniać.

Nie dlatego, że przestałam potrzebować ludzi. Nie dlatego, że stałam się twarda czy obojętna.

Wręcz przeciwnie.

Zaczęłam uczyć się kochać, pozostając jednocześnie przy sobie.

Nie każda opinia o mnie jest prawdą o mnie

Dziś nie muszę już przyjmować każdej opinii na swój temat jako prawdy o sobie.

Ludzie widzą mnie przez filtr własnych doświadczeń, ran, przekonań i oczekiwań. Nie muszę już biec za nimi i przekonywać, kim naprawdę jestem.

Mogę zapytać siebie:

Czy to, co słyszę, rzeczywiście jest moje?

Jeżeli tak — patrzę.

Jeżeli nie — zostawiam to tam, gdzie powstało.

To nie jest obojętność. To jest świadomość siebie.

Moje życie nie stało się przez to idealne. Nadal spotykam ludzi, którzy mogą mnie zranić, i sytuacje, których nie planowałam.

Różnica jest taka, że dzisiaj nie tracę w nich siebie.

Nie muszę pomniejszać siebie, żeby ktoś przy mnie został. Nie muszę pozostawać tam, gdzie nie ma szczerości i szacunku. Nie muszę walczyć.

Mogę zobaczyć rzeczywistość taką, jaka jest, podjąć decyzję i pójść dalej.

To właśnie nazywam wolnością.

Zmiana zaczyna się wewnątrz

To, co wyniosłam z własnej drogi i co dzisiaj przekazuję innym, jest bardzo proste:

Zmianę zaczynamy od wewnątrz, nie od zewnątrz.

Możesz zmienić pracę, miasto, dom, ludzi wokół siebie. Możesz zacząć wszystko od nowa.

Jednak jeśli nie zobaczysz, skąd pochodzi ból, zabierzesz ten ból ze sobą.

Swoje lęki. Przekonania. Brak zaufania do siebie. Potrzebę akceptacji. Programy i schematy, według których nieświadomie dokonujesz wyborów.

Dzisiaj wiem, że największa zmiana w moim życiu wydarzyła się wtedy, kiedy skierowałam uwagę do środka.

Do siebie.

Dlatego tak głęboko wierzę w pracę wewnętrzną. W poznawanie siebie, swoich reakcji, historii, programów i tego, co wyniosłam z domu, z rodu i wcześniejszych doświadczeń.

Niezależnie od tego, czy ktoś nazwie to schematami, programami rodowymi, karmą czy po prostu historią, którą niesiemy — dla mnie najważniejsze jest jedno:

To, co było, nie musi decydować o tym, co będzie.

Kiedy zmieniam się od środka, zmienia się to, co wybieram. To, na co pozwalam. To, na co już się nie zgadzam. I ludzie, których wpuszczam do swojego życia.

Ale zmienia się też coś jeszcze.

Zaczynam zauważać, ile piękna jest w zwyczajnym życiu. Ile radości może przynieść spontaniczny wyjazd, rozmowa, śmiech, poranek w domu czy nieznanym mieście.

Nie muszę już czekać na wyjątkową okazję, żeby poczuć się szczęśliwa.

Wygrałam własne życie

Dziś jednym z największych zasobów mojego życia jest zaufanie do siebie.

Wiem, że mogę powiedzieć „nie”. Mogę odejść z miejsca, w którym nie jestem szanowana. Mogę kochać i jednocześnie nie zgadzać się na krzywdzenie.

Nie potrzebuję już relacji, która mnie uratuje.

Chcę ludzi, przy których nie muszę rezygnować z siebie. Relacji, w których możemy się do siebie dopasowywać, ale żadne z nas nie musi znikać.

Często wieczorem, kiedy kładę się spać, czuję ogromną wdzięczność. A kiedy rano otwieram oczy — radość, spokój i wolność.

I takie bardzo osobiste poczucie zwycięstwa.

Wygrałam własne życie.

Nie dlatego, że wygrałam z kimś.

Wygrałam je dlatego, że wróciłam do siebie.

Przestałam czekać, aż ktoś da mi to, czego sama sobie nie dawałam.

Nauczyłam się sobie ufać.

I dziś wiem, że jestem wolnym człowiekiem.

Jeżeli więc czytasz ten tekst, będąc w miejscu, w którym ktoś cię poniża, obraża, nie szanuje albo sprawia, że zastanawiasz się, co jeszcze musisz zrobić, żeby zasłużyć na miłość — chcę ci powiedzieć tylko jedno:

Zmiana jest możliwa.

Czasami zaczyna się od odwagi, żeby zadać sobie pytanie:

Co sprawia, że tak trudno mi stanąć po swojej stronie?

Dlaczego wciąż czekam, aż ktoś wybierze mnie, zamiast samej wybrać siebie?

A później od małych decyzji, które z czasem zmieniają całe życie.

Dzisiaj czuję ogromną wdzięczność. Za wszystko, co mnie doprowadziło do miejsca w życiu w którym jestem. Za ludzi, których spotkałam. Za doświadczenia, które mnie ukształtowały. Za codzienność. Za życie, które mam i które jest ogromnym darem. Za możliwości, które są jeszcze przede mną. Za to, że mogę wybierać.

Że mogę poznawać świat, śmiać się, kochać, podróżować, doświadczać i cieszyć się tym, co przynosi każdy kolejny dzień.

Nie wiem, co przyniesie mi następny rok życia.

I właśnie to jest piękne.

Nie muszę już znać wszystkich odpowiedzi.

Chcę żyć. Z ciekawością, otwartym sercem, odwagą i lekkością.

Dzisiaj nie życzę sobie innego życia.

Życzę sobie, abym nadal potrafiła cieszyć się swoim.

Bo największym prezentem, jaki mogłam sobie podarować, jest wolność bycia sobą.

I właśnie dlatego, w dniu moich urodzin, z radością mogę powiedzieć:

Wygrałam własne życie.

Margo

Jeśli ten tekst poruszył w Tobie ważny temat, zapraszam Cię do rozmowy.

Umów 15 minut